
Zlapalam ostatnio takiego dola, ze nic mi sie nie chcialo. Ciezko bylo mi wstac rano, wszystko wyprowadzalo mnie z rownowagi. To Mezulek zaprowadzal Matule do przedszkola, bo ja nie mialam sily. Nie robilam obiadow, nie sprzatalam, nie prasowalam, nie pralam, o siebie tez nie dbalam. Ciezko bylo mi podniesc bulke i skierowac ja w kierunku ust. Za ciezko. Kilka dni, a wszystko doprowadzilo sie stanu krytycznego. Popoludniu wzielam sie za siebie. Wysprzatalam, wypralam, wykapalam sie, pobylam troche z chlopcami. Postanowilam zmienic nasz grafik dnia, narazie idzie nam ciezko ale pomalutku, to przeciez pierwszy dzien.
Wiem, ze jeszcze przyjda ciezkie dni, ze kryzys ot tak sobie nie poszedl, narazie go uspilam.
Ogolnie powinnam isc do jakiegos dobrego psychologa, by pogadac. Ale w poblizu brak polskiego lekarza tej specjalnosci. Z niemieckim narazie moge sobie o pogodzie pogadac, a nie o tym co mnie w srodku gryzie. Do takiej rozmowy to ja musze umiec rewelacyjnie albo przynajmniej dobrze niemiecki, a nie na poziomie "Kali chciec jesc"
No nic, bede sie podpytywac, moze w koncu uda mi sie kogos znalezc, bo boje sie ze juz do konca zwariuje.
Podziwiam mojego Meza, On stale przy mnie jest, wspiera mnie, rozmawia, jest poprostu jest i przyjmuje na siebie wszystkie zle slowa jakie rzucam ot tak sobie, czasem swiadomie czasem nie.
Dobrze jest miec przy sobie takiego Aniola, choc wkurza mnie gadka ze gdyby byla kasa to nie byloby tej rozmowy. Moze i by nie bylo ale przeciez spokoj czlowieka nie moze sie tylko na tej cholernej kasie opierac.
Prezenty dla chlopcow kupione, no prawie, zostal jeszcze Nathan. Narazie ma kupione autko i chcielibysmy kupic Mu cos jeszcze ale pomyslu brak. Chcielismy kupic Mu owieczke Timmy, bo to Jego ulubiona bajka. Ma jej miniaturke a teraz wyszla taka duza ktora beczy i zamyka oczka ale cena nas przerazila. Z Carsow tez nie ma juz duzego wyboru, tymbardziej ze chlopcy maja juz tyle zabawek. Z Matem bylo latwiej, chcial zestaw modeliny do robienia hamburgerow i gre wiec ma. A Nathek... On te Carsy...
Czasu coraz mniej. W sobote chcemy piec ciastka i pierogi, Matula juz sie doczekac nie moze. Marzy mi sie taka rodzinna atmosfera, obym tylko tego nie zepsula swoim humorem.
Kurcze chcialabym zaczac czuc ze ida swieta, narazie czuje ze ida wielkie nerwy i wielka klotnia, obym sie mylila...




Asiu trzymaj sie jakoś, jako tako ale sie trzymaj, u nas też w ogóle nie ma takiego poczucia że swieta sie zbliżają- kasa....skąd ja to znam, u nas też cieżko, Wy choć jedno dziecie mavcie obkupione, my żadnego :/ w dodatku dzieciaczki chorują- kiedy nas ten kaszel opusci????, ile mozna????, dodatkowo mąż u teściowej na noc- dziadek- 95 lat po szpitalu, lichy, wczoraj jeszcze nikogo nie poznawał, robił na złosć, bluźnił...oby mu przeszło...a jak nie...czeka nas przeprowadzka :/ Asiu kiedy będziemy mieć z górki???? trzymaj się :* przytulam wirtualnie
OdpowiedzUsuń